04 marca, 2020

O tym, że strachu można się nie bać, czyli lekcja rozwagi

Bo może tak jak pokonaliśmy kryzys na rynku pracy, pokonamy teraz koronawirusa. Niech no znajdzie się jeden odważny... dziennikarz.


Historia sprzed lat. Tekst, który opublikowałam na jednym ze swoich blogów, opatrzyłam słowem: Kryzys. I to w tytule. Auu! (Brzmiał on: „Sposób na kryzys”.) Zrobiłam zatem poważny błąd, na jaki zwracają uwagę teoretycy PR, a o którym mówił wykładowca na moich studiach. To słowo przyciąga, fakt, i w mediach to wiedzą, jednak – co do czego nie mam wątpliwości – może ono wywoływać bardzo negatywne emocje. Zwłaszcza jeśli bezkrytycznie wierzy się w to, co media nam przekazują.

Nie śledzę tego, co na temat koronawirusa pojawiło się i nadal pojawia w oficjalnym obiegu. Ilu jest zarażonych, ile osób zmarło, a ile jest potwierdzonych przypadków w Polsce. Więc nie przedstawię najnowszych danych. Bardziej niepokoi mnie to, że uruchomiony został mechanizm podsycania strachu i ktoś na tym – w moim odczuciu – po prostu żeruje. I zbiera niezłe żniwo. Tak jak żniwo ma ponoć zbierać (co słyszałam w miniony weekend, przy czym zostały użyte dokładnie te same słowa) sam koronawirus. Taka dziwna gra słów.

O koronawirusie można przecież mówić, używając różnych słów, fakty można wyolbrzymiać albo przekłamywać. Wiemy to?! Dlatego staję obok. Obok tych rozmów i dywagacji, które siłą rzeczy słyszę na co dzień: co-to-będzie, a-co-jeśli, a-czy-ty-wiesz (to akurat moja córka po powrocie z przedszkola, gdy tylko wybuchła sensacja związana z koronawirusem), itp. Zaraz, zaraz, a czy nie tak dzieje się z plotką, którą można przechwycić i nie puszczać dalej, czyli innymi słowy: zatrzymać? Właśnie dzięki temu, że stoi się obok.

Być może dokonuję uproszczeń i ktoś zarzuci mi trywializowanie tematu, no bo tyle osób cierpi, a tyle już zmarło, ale co – jeśli się nie mylę?

Przed ośmioma laty, gdy sytuacja na rynku pracy była wyjątkowo nieciekawa, pozwoliłam sobie na analizę tytułów prasowych (klik). „Lawina upadających w Polsce firm – tysiące ludzi traci pracę”, „Przyspiesza lawina upadłości firm”, „W miastach X i Y przed bezrobociem nie uciekniesz” czy wreszcie „Szykujmy się na czarny scenariusz. Wzrost bezrobocia dopiero nadciąga”. Prawda, że od samego czytania można dostać palpitacji serca?! A są to tylko przykłady, bo przecież pisano i mówiono o tym dużo więcej. Przyznaję, temat dotyczył mnie osobiście, sama bowiem bardzo chciałam wówczas zmienić pracę.

Mogłam się więc przejąć, jednak nie zdążyłam, bo ktoś wreszcie zdecydował się opublikować tekst, dając mu tytuł: „Przedsiębiorcy straszeni kryzysem ograniczają inwestycje”. Brzmi inaczej?! Jak pamiętam, autor już w pierwszych słowach stwierdzał, że owszem, decyzje ludzi biznesu mogą Polsce pomóc obronić się przed recesją, ale ostatnio są oni wciąż nią straszeni. Stan faktyczny został nazwany po imieniu. W istocie artykuł bazował na wypowiedzi prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, który nie ukrywał, że szuka przeciwwagi dla tego, co i jak relacjonują media.

Nie dociekam, komu i dlaczego zależy, żebyśmy się bali. Faktem jest natomiast, że strach idealnie podsyca uczucie niepewności, co media – świadomie bądź nie – wykorzystują. Przykład z przeszłości z pewnością pokazuje, że sytuacja nie musi być zagrażająca, ale wystarczy, że zostanie ona zinterpretowana jako zagrożenie, by powstał zamęt. Z przyjemnością odnotowuję, że w artykułach, do których dotarłam przed laty, były też słowa: „Są takie branże, w których cierpią wszyscy, natomiast generalna kondycja gospodarki jest w dalszym ciągu dobra”.

Można z tego wyciągać wnioski. I oby tak było!

0 komentarze

Publikowanie komentarza