sobota, 31 stycznia 2026

O prostocie prezentów i lekcji, którą przynosi styczeń

Foto: grafika stworzona z pomocą AI (Canva, ChatGPT)

Święta już dawno minęły, a styczeń – jak co roku – okazał się bardzo intensywny. Urodziny córki, Dzień Babci, Dzień Dziadka, i znów myślenie o prezentach. Kto powiedział, że tylko kupowanie daje radość?


Co podarować pod choinkę? – pamiętam, że to pytanie, pojawiające się wraz z pierwszym świątecznym drzewkiem, dostrzeżonym gdzieś, na mieście, przez lata było dla mnie zmorą. Czy wystarczy drobny gest, czy może powinno to być „coś więcej”?

Sama, pytana o to, co chcę dostać na prezent, coraz częściej odpowiadam: nie wiem. I nie, to nie znaczy, że liczę na nie-wiem-jaką niespodziankę. Ostatnie święta były też chyba pierwszymi, przed którymi się nie stresowałam tym, że tak dużo rzeczy wciąż jest u mnie niegotowe. Nawet jakoś nie przejęłam się tym, że nie przyszedł jeden z prezentów, zakupiony przeze mnie online.

Moja babcia zawsze powtarzała, że książka to dobry prezent. I prawdę mówiąc – nadal w to wierzę. Czytam dużo, żyję słowem, więc książki są dla mnie czymś naturalnym. Ale z upływem lat zauważyłam, że to nie o samą książkę chodzi – tylko o to, że ktoś wiedział, co lubię, co mnie cieszy, a co ciekawi. Że mnie słuchał. Że pamiętał. Tak, prezenty nie są o rzeczach. Są o relacji. Czasem uważność może dać dużo więcej radości niż najbardziej efektowny podarunek.

Dlatego sprawa zamówionego przez Internet prezentu, który nie dotarł, mnie nie obeszła. Bo, co ciekawe – to była książka. Nie zdradzę wam tytułu. Ta sytuacja dała mi jednak do myślenia, czy to aby właściwy tytuł dla osoby, dla której go wybrałam? (Czytaj: dla mojego taty). Im więcej o tym myślałam, tym wyraźniej widziałam, że nie. Że owszem, ta książka jest dobra – ale dla mnie, nie dla niego. Potrzebowałam po prostu czasu, by to zauważyć.

Bo przecież prezent ma nie pasować do moich czy naszych projekcji, do wyobrażenia, co temu komuś „powinno się podobać”, tylko do tej prawdziwej, żywej osoby.

A styczeń tylko to potwierdza i tak mocno uwypukla prostotę. Te wszystkie styczniowe święta – krótkie, rodzinne, kameralne – pokazują, że wystarczy coś naprawdę zwyczajnego. Rysunek od dziecka. Telefon zamiast bukietu. Ba, pamięć! Przecież telefon mówi: pamiętam. W miejsce drobiazgu kupionego w biegu, na wagę złota może być też chwila rozmowy czy przelotna obecność albo towarzyszenie.

Pisząc to, myślę o tym, że w styczniu trzy razy pojechałam z córką na lodowisko. Za pierwszym razem chodziłam tylko obok, wzdłuż toru – bardziej w roli opiekunki niż uczestniczki.
A potem przyszła ta myśl: może spróbuję wejść na lód?

I tu muszę dodać jedno. Dla mnie to nie była zwykła decyzja. Po wypadku samochodowym w dzieciństwie, po którym przez pewien czas nie chodziłam i po latach rehabilitacji, mam w sobie różne blokady związane z równowagą, ruchem, ryzykiem.

Ale tym razem się przełamałam – po ponad trzydziestu latach.
I wiem jedno: dla niej to był prezent.
A dla mnie jeszcze większy. 🙂

Może takie prezenty pamięta się najdłużej.
----------
Tekst inspirowany wpisem z 2014 roku,
pt. „O Świętach Bożego Narodzenia i pomysłach na niewyszukane prezenty”.

0 comments

Prześlij komentarz