czwartek, 5 listopada 2026

O dwóch datach śmierci księdza Popiełuszki, czyli na co naprawdę się zgadzamy

Foto: arch. pryw.

Wraz ze śmiercią ks. Jerzego Popiełuszki przez lata zapewniano nas, że sprawa została w pełni zbadana, a sprawiedliwość wymierzona. Ale prawda coraz bardziej zaczyna się odklejać od oficjalnej opowieści.


Żyjemy w swoistej schizofrenii pamięci. Bo oto wielu z nas znów wyruszyło 19 października pod kościół św. Stanisława Kostki na Żoliborz. Zresztą, nie tylko do tej świątyni. Były kwiaty i znicze, i modlitwy, i przemówienia – również te polityczne. Jak kropka nad „i”. Ten pierwszy, oficjalny szum właśnie opada, a znicze gasną. Historia przeszła bez pytań i wszystko zostało ładnie ułożone w kalendarzu – mamy męczennika, ba, przez Kościół został on nawet uznany za błogosławionego.

ALE, ale… coraz więcej jest też takich, którzy w związku z kolejną, 42. już rocznicą śmierci księdza wyjechali w okolice bunkrów kazuńskich pod Nowym Dworem Mazowieckim. Z tym że… to już było innego dnia, mianowicie 25 października.

O tej drugiej wersji po raz pierwszy usłyszałam przed rokiem. Coś tam nawet zaczęłam sobie pisać na ten temat, ale nie zdobyłam się na odwagę, by to zamieścić gdzieś, tak publicznie. Gdy Popiełuszko zginął, musiałam zaczynać akurat pierwszą klasę podstawówki. Z jego postacią nie mam niestety żadnych osobistych wspomnień.

Polegałam za to na pamięci Mojej Babci, dla której ksiądz Jerzy był po prostu Wielki. To przykład wiary, która zrodziła się ze słuchania. Nie podważałam jej. Po prostu na mnie spłynęła. Razem z miłością.

Teatr w Toruniu

Z czasem, gdy usłyszałam o innej wersji wydarzeń, zaczęłam zagłębiać się w chłodne analizy i ustalenia. Czytałam, słuchałam, badałam... I im głębiej wchodziłam w te materiały, tym bardziej docierało do mnie, że nowa wersja wcale nie jest wykluczona. A przynajmniej nie można wykluczyć niektórych jej elementów.

Pamiętam coś jeszcze. Jako młoda dziewczyna czytałam książkę Kevina Ruane’a „Racja stanu – zabić księdza”. Do dziś mam w pamięci jeden szczególny moment: gdy docieram do opisu, jak trzej esbecy – Piotrowski, Pękala i Chmielewski – uprowadzają żoliborskiego duszpasterza, w duchu modlę się, by ten jednak nie zginął. Naiwność? Nie, emocje. A potem w głowie robi mi się olbrzymia dziura, taka czarna pustka... Że co?! Trudno mi uwierzyć, że postać tak ważna dla tysięcy ludzi mogła zostać porwana i zamordowana przez trzech szeregowych funkcjonariuszy działających na własną rękę.

Ten casus z książką przypomniał mi się wkrótce po tym, gdy odkryłam wersję kazuńską.

Cienie w bunkrze

Chodziłoby więc o dość zasadnicze podważenie oficjalnej wersji. Według wersji kazuńskiej trójka skazanych esbeków odpowiadała „jedynie” za uprowadzenie kapłana, a prawdziwy dramat i wielodniowe tortury rozegrały się później, z rąk zupełnie innych ludzi – w tamtejszym bunkrze, który szykowano już od 10 października. Według tej hipotezy plan zakładać miał wyłącznie porwanie księdza, a nie jego zabójstwo. Gdy mowa o bunkrze, warto pamiętać, że chodzi o ukryty w lasach obiekt wojskowy. Co ciekawe, jeszcze w marcu 2026 roku odnaleziono tam przedmiot, który według części badaczy może mieć związek ze sprawą ks. Popiełuszki.

W tej wersji wydarzeń z dokumentów wyłaniają się też cienie wielkiej polityki i naciski Kremla – od artykułu Leonida Toporkowa w moskiewskich „Izwiestiach”. Do tego dochodzą okoliczności, na które powołują się krytycy wersji oficjalnej:

• pies tropiący prowadzący w zupełnie innym kierunku niż oficjalna trasa porywaczy;

• różaniec, okulary i grzebyk – znalezione pod mostem przy zamku Dybowskim, gdzie mogło dojść do pierwszych tortur kapłana;

• również zeznania rybaków, którzy według przytaczanych relacji dopiero 25 października widzieli, jak pakunek przypominający zwłoki wrzucano do wody.

Ciekawe, że wątpliwości co do okoliczności porwania i zabicia księdza pojawiały się już w trakcie procesu toruńskiego. Jak relacjonuje w swoim artykule Rafał Łatka, na przykład w styczniu 1985 r. w kręgu niektórych pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego wyrażano opinię, że „oskarżeni w tym procesie zostaną «poświęceni» dla uwiarygodnienia poczynań rządu, który w ten sposób będzie chciał udowodnić społeczeństwu, że praworządność w Polsce podlega szczególnej ochronie i dotyczy to zwłaszcza działań podejmowanych przez funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych” [1].

Pytania bez odpowiedzi

Śladów, które skłaniają do stawiania pytań o przebieg procesu toruńskiego, jest więcej. Mnie zaś tym trudniej o tym pisać, bo nie chciałabym narzucać jednej, jedynie słusznej wersji. Ksiądz Popiełuszko nie był przecież postacią publicznie obojętną. Jasne, możemy przyjąć, że wszystko skończyło się 19 października. Ale tak długo, jak będziemy bezrefleksyjnie powtarzać oficjalną wersję, nie zadając pytań, będziemy godzić się na historię opowiedzianą przez państwo, które samo było w tę sprawę uwikłane. A właściwie nie przez państwo. Przez komunistyczny aparat represji, który, jak sugerują niektóre poszlaki, mógł zepchnąć odpowiedzialność na wykonawców niższych rangą.

Bo oto mamy inne nieścisłości. Choćby czas przejazdu: według oficjalnej wersji porywacze mieli pokonać trasę z Torunia do tamy we Włocławku tak szybko, że – jak podkreślają krytycy tej wersji – budzi to poważne wątpliwości, zwłaszcza jeśli uwzględnić opisywane postoje i bicie księdza po drodze.

Otwarte pozostaje pytanie o charakter udziału Waldemara Chrostowskiego – kierowcy i przyjaciela kapłana. Jak zeznawał sam Chrostowski, podczas ucieczki z pędzącego auta jeden z esbeków szarpnął go za ubranie, w wyniku czego rękaw marynarki został w samochodzie. Tymczasem ekspertyza kryminalistyczna, na którą powoływał się prokurator Andrzej Witkowski, wskazywała, że ubytek materiału powstał wskutek przecięcia ostrym narzędziem.

Co jeszcze… Kilka dni po uprowadzeniu księdza w szpitalu przy ul. Brzeskiej w Warszawie zjawili się funkcjonariusze SB, którzy zabrali karty zdrowia kapłana, rzekomo w celu podjęcia właściwego leczenia – gdyby Popiełuszko się znalazł.

Przypomnę, że prokuratora Andrzeja Witkowskiego, w ocenie którego istnieją dowody przeczące toruńskim ustaleniom, dwukrotnie odsuwano od śledztwa – najpierw w 1991, a potem w 2004 roku. Prokurator badał udział w zbrodni tzw. drugiej pętli zabójców, powiązanej z wywiadem wojskowym, czyli wywiadem i kontrwywiadem komunistycznej armii (Zarząd II Sztabu Generalnego LWP / WSW). Gdyby jego hipotezy się potwierdziły, oznaczałoby to, że na trasie z Bydgoszczy księdza przejęła trzecia ekipa, jadąca trzecim wozem.

Szkoda, że pewnymi tropami nie będzie już można pójść, a niektórych pytań – zadać. Być może nigdy nie poznamy pełnej odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się między wieczorem 19 a 25 października 1984 roku. Część świadków może już nie żyć, a część dokumentów przepadła bezpowrotnie. Ale właśnie dlatego warto wracać do tych pytań. Nie po to, by tworzyć nowe legendy, lecz po to, by nie uznawać za ostateczną wersji pozostawionej przez państwo, które samo było stroną tej historii.

Poszukiwanie prawdy wymaga nie tylko odwagi, by zakwestionować przyjętą wersję wydarzeń. Trzeba mieć też odwagę, by nie uznać za pewnik tego, czego jeszcze nie udało się dowieść.
----------
[1] Rafał Łatka, „Reakcje na zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki”, Sowiniec, nr 43 (2013), s. 103–116. https://doi.org/10.12797/Sowiniec.24.2013.43.06; za: IPN Kr., 056/108, t. 2, op. cit., k. 3, Informacja dot. komentarzy i wyjaśnień oskarżonych o uprowadzenie i zabójstwo ks. Popiełuszko, 1 X 1985.

0 comments

Prześlij komentarz