![]() |
| Foto: arch. pryw. |
Oto wspomnienie niedawnej, jednodniowej wycieczki do Sopotu. Nie tylko plaża, ale i pewien cytat, słowa, mural. A w tle uśmiechający się… Johnny.
To będzie opowieść związana z postacią ks. Jana Kaczkowskiego. Odkryłam go trzynaście lat temu za sprawą książki „Szału nie ma, jest rak”. Po śmierci mojej Mamy czytałam wiele książek o chorobie nowotworowej albo takich, w których ten temat pojawiał się gdzieś w tle. Po książkę Kaczkowskiego sięgnęłam więc niemal odruchowo.
Potem były kolejne tytuły. Czytałam je z zainteresowaniem, ba!, podziwem, robiąc własne notatki (ich pokłosie m.in. tutaj), ale też z poczuciem, że stoją za nimi nie tylko wiedza i doświadczenie, lecz przede wszystkim niezwykła szczerość. Szczerość wręcz uderzająca. Ale rozumiem: gdy Jan wiedział już, że zostało mu niewiele czasu, nie tracił go na owijanie w bawełnę. Dlatego wiadomość o jego śmierci poruszyła mnie bardziej, niż mogłabym się spodziewać. Był Poniedziałek Wielkanocny.
Tegorocznego lata, podczas krótkiej wizyty w Sopocie, na mural z jego podobizną trafiłam zupełnie przypadkowo. Oczywiście, wiedziałam, że znajduje się gdzieś w mieście, ale nie miałam pojęcia, że aż tak blisko dworca. To spotkanie nie mogło być przypadkiem – pomyślałam. Po prostu miałam tu się znaleźć, obok kamienicy, w której mieszkał.
Jest jeszcze jedna ciekawostka. Gdy opublikowałam zdjęcie tego muralu na Facebooku – zarówno na swoim profilu, jak i w kilku grupach – zdobyło ono setki polubień oraz komentarzy.
To zdjęcie nie jest majstersztykiem, ale pokazuje coś innego: że Johnny jest znany. Że słów takich jak jego wciąż chcemy słuchać, nawet jeśli nie ze wszystkim będziemy się zgadzać. Że nie interesują nas arbitralne sądy Tych Wiedzących Lepiej, wygłaszane z pozycji ex cathedra. Potrzebujemy kogoś, kto stanie obok nas. Kto też będzie leżał, gdy upadniemy. Kto wejdzie w dialog. Ech, jakże bliska mi to postawa…
I wtedy pomyślałam: ludzie wciąż potrzebują świadków takich jak ks. Jan. Takich, którzy nie uciekają od trudnych pytań, mówią o własnym strachu czy próżności, a jednocześnie dają nadzieję.
I tak sobie myślę: może Kościół dzisiaj wcale się nie kończy, tylko zmienia twarz – od autorytetu wynikającego z pozycji do autorytetu, którego źródłem są obecność, relacja, wiarygodność?
Czy Jan mógł to przypuszczać?
A Ty jak myślisz: czego najbardziej brakuje nam dziś w rozmowach o wierze, kościele czy wartościach?

0 comments
Prześlij komentarz