13 listopada, 2019

O odchodzeniu i służbie człowiekowi

To taka nisza na rynku, która niszą pozostanie pewnie na zawsze. Bo pęd codziennego życia nauczył nas odsuwać myśl o śmierci.


Jeśli mówić o ludziach, to tylko dobrze. Taka dewiza. Nie moja. Popularna, choć głównie według deklaracji, bo wystarczy spojrzeć na codzienną praktykę, z jaką łatwością przychodzi ocenianie innych.

Właściwie nie lubię mówić o ludziach. Zdecydowanie wolę historie, w których – bez względu na opowieść o człowieku – na pierwszym miejscu są marzenia, pomysły i plany. No i dokonania.

Czymś takim jest pomaganie innym. To bez wątpienia fajna rzecz. Gratyfikująca, bo można czuć się potrzebnym i ważnym. Ale warto pamiętać, że druga strona też ma swoje potrzeby. Niekiedy: bardzo konkretne. Nie wystarczy więc szlachetny gest serca. Jak w biznesie, trzeba umieć znaleźć i wstrzelić się w tzw. rynkową niszę. Bo sztuką jest działać w kierunku potrzeb czyichś, a nie swoich własnych.

Udało się Pawłowi Grabowskiemu. Choroba nie potrzebuje promocji. Kiedyś pracował jako stomatolog i chirurg, i był związany ze stolicą. Po tym, jak jego serce zatrzymało się na kilkadziesiąt sekund i konieczna była reanimacja, zrozumiał, że chce pomagać osobom starym i nieuleczalnie chorym. Wyprowadził się na odludzie, pod granicę białoruską, gdzie zaczął jeździć od domu do domu. Tak narodziło się jego dziecko: wiejskie hospicjum domowe.

Trudno powiedzieć, czy miał to w planach, ale dziś jest osobą znaną, niemalże medialną. Choć mogłabym się założyć, że jeszcze przed trzema laty, gdy po raz pierwszy czytałam o nim obszerny artykuł, zamieszczony w „Poradniku Rolniczym”, o Pawle Grabowskim nie słyszał nikt. No dobra, prawie nikt! (Gazeta nie trafia do kiosków, lecz ma zamknięty krąg odbiorców.) O lekarzu, nazywanym doktorem Judymem z Podlasia, głośniej zrobiło się po tym, jak we wrześniu tego roku został pierwszym laureatem nagrody Okulary ks. Kaczkowskiego – za służbę człowiekowi.

I tu już zaczyna się coś, co trudno ująć w słowa. Co może być wręcz faux pas, bo przecież mówienie o odchodzeniu i śmierci sankcjonują jedynie obchodzona w listopadzie uroczystość Wszystkich Świętych, a zaraz po niej Święto Zmarłych.

Medycyna paliatywna to bardzo delikatna, i z pewnością trudno mierzalna materia. Bo to już nie jest ta tzw. twarda medycyna, ale miejsce, gdzie odkrywa ona swoją ludzką twarz. Gdzie potrzebne jest zrozumienie emocji pacjenta i jego rodziny, zagubionych w chorobie. Gdzie często pojawia się bezradność. Czy wreszcie, gdzie nie wiadomo, co mówić, a niejednokrotnie wystarczy… towarzyszyć. Oferując swoją uważność, czyniąc dar – tak, wiem, to może górnolotnie zabrzmieć – z bycia obok. Półmetek moich studiów i zajęcia z psychoterapii wspierającej leczenie chorób nowotworowych. Zapamiętałam szczególnie, cóż, ów brak konkretów. Czegoś takiego, jak wyznaczony z góry, ujęty w standardy sposób postępowania. Medycyna paliatywna, jak mogę tylko przypuszczać, wówczas raczkowała.

Psychologia jednak to tylko element tego, co w medycynie paliatywnej jest niezbędne, mianowicie pracy zespołowej. Do zespołu Pawła Grabowskiego, poza lekarzami i psychologiem, należą fizjoterapeuci, pielęgniarki, a także wolontariusze różnych zawodów. Jak sami mówi, to im najchętniej przypisałby swój sukces (w istocie, Okulary ks. Kaczkowskiego to nie pierwsza jego nagroda, a w związku z jedną z nich bywa wręcz nazywany powstańcem czasu pokoju). Codziennie razem pokonują dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów. Leczą, pomagają, starają się, by pacjenci cierpieli jak najmniej. Chcą im dodawać życia do lat, a nie lata do życia. Przekonują, że w tym życiu, które jeszcze pozostało, da się odnaleźć sens i mieć plany. Niech będzie to chociaż zjedzenie ulubionego dania, albo spędzenie godziny w przydomowym ogródku – na które wcześniej nie było czasu.

Można by powiedzieć: Szkoda, że tak późno, dobrze, że w ogóle tak.

Tekst o Pawle Grabowskim zaczęłam pisać przed rokiem. Znamienne, że w październiku. Jakoś mi nie szło i temat odłożyłam do szuflady. Dziś, gdy publikuję to na swoim blogu, postu nie opatruję zdjęciem znicza. Światło, które się pali, symbolizuje dla mnie wewnętrzny płomień. Tego płomienia, jak takiego «wewnętrznego domu», ze zgodą na samego siebie i ciepłem, zawsze warto szukać. I trzeba mówić o ludziach, trzeba dziękować za tych wytrwałych – którzy w tym pomagają.

-----
Tekst powstał w wyniku inspiracji artykułem Małgorzaty Janus, „Miłość, cierpliwość, hospicjum” („Poradnik Rolniczy”, nr 44, 30 października 2016).
Skupiam się w nim na wizji, misji i dokonaniach p. Pawła Grabowskiego, pomijając jednak wąskie gardło całego przedsięwzięcia, tj. pieniądze.

0 komentarze

Publikowanie komentarza